W archiwum szkoły brak dokumentów, a mimo to istnieje świadectwo maturalne – taki paradoks znalazł się w centrum zainteresowania prokuratury w Jeleniej Górze. Sprawa dotyczy starosty karkonoskiego Krzysztofa Wiśniewskiego, który publicznie zapewnia o legalności swojego wykształcenia.

Prokuratura wkracza, szkoła zaprzecza

Dolnośląski Zespół Szkół w Karpaczu poinformował, że nie wystawił świadectwa dojrzałości Krzysztofowi Wiśniewskiemu. W szkolnym archiwum nie odnaleziono arkuszy ocen ani żadnych innych dokumentów potwierdzających jego obecność w tej placówce. Prokuratura Rejonowa w Jeleniej Górze, po otrzymaniu takiej informacji, zdecydowała się wszcząć dochodzenie — choć początkowo lakoniczne zawiadomienie mieszkańca Jeleniej Góry nie wzbudziło większego zainteresowania.

Postępowanie prowadzone jest w kierunku sfałszowania i używania fałszywego dokumentu, zgodnie z art. 270 §1 Kodeksu karnego, za co grozi od 3 miesięcy do 6 lat więzienia. Formalnie nikt jeszcze nie usłyszał zarzutów, ale sprawa nie jest już tylko lokalną plotką — trafiła na biurko śledczych.

Starosta pokazuje dokumenty i zapowiada kroki prawne

W odpowiedzi na rosnące wątpliwości Krzysztof Wiśniewski zorganizował briefing prasowy, podczas którego przedstawił oryginał świadectwa maturalnego oraz dwa odpisy ze zdjęciem. Podkreślił, że maturę zdawał w Zespole Szkół Mistrzostwa Sportowego w Karpaczu, do którego przeniósł się tuż przed egzaminem — wcześniej uczęszczał do wieczorowej szkoły dla dorosłych w Jeleniej Górze. Według jego relacji, zmiana placówki miała związek z planami kontynuowania nauki na AWF.

Późniejsze wykształcenie starosty również nie budzi zastrzeżeń: ukończył studia w Kolegium Karkonoskim, zdobył tytuł magistra na katowickim AWF-ie oraz odbył studia podyplomowe na Uniwersytecie Wrocławskim. Mimo to, Wiśniewski zamierza podjąć działania prawne wobec osób, które jego zdaniem naruszyły jego dobra osobiste i publicznie sugerowały brak wykształcenia. Ostrzegł, że jeśli takie działania będą kontynuowane — sprawa trafi do sądu.

A jeśli naprawdę ktoś zawinił?

Cała sytuacja stawia pytanie o to, jak funkcjonuje obieg dokumentów w placówkach oświatowych i jak łatwo znikają ślady formalnych procedur. Czy szkoła zgubiła dokumentację? Czy doszło do błędu administracyjnego? A może faktycznie ktoś dopuścił się fałszerstwa? Sprawa dopiero się rozwija, ale już teraz widać, że jej finał może wyjść poza lokalny kontekst. W tle zostaje człowiek – urzędnik, który albo padł ofiarą zaniedbania, albo sam przegra z dokumentem, którego nie da się zweryfikować.